New post

od początku
Śledź
1939live
Śledź Polsat
Viasat History

Bawimy w Grabowczyku.

Do Grabowca idziemy tylko na zwiady. Wstępujemy jeszcze do spółdzielni, ale już niczego w niej kupić nie można. Wszystkie zapasy zostały rozprzedane. Na placyku przed spółdzielnią widzimy po raz pierwszy od początku wojny dwóch pułkowników sztabu z mapami w celofanowych pokrowcach, siedzących na ławce koło apteki, obok spaceruje żandarm wojskowy. Pierwszy to żandarm spotkany w czasie tej wojny. Wracamy na obiad do Grabowczyka. Dowiadujemy się, że w Hrubieszowie urzęduje komisaryczny starosta, który polecił sołtysom gromad wiejskich zorganizować po wsiach milicję bezpieczeństwa. Jesteśmy wieczorem świadkami, jak ktoś z krewnych sołtysa wyznaczony do milicji usiłuje się z niej wymówić brakiem czasu. Imponuje nam spokój, z jakim sołtys odpiera wszelkie argumenty petenta. Czujemy równocześnie, że zaszła w nastroju wojennym pewna zmiana, że pierwszy popłoch został opanowany i że zaczyna się wreszcie odpór, zwłaszcza że zjawił się na nocleg batalion, sformowany z żołnierzy zdemobilizowanych za Bugiem, zaopatrzony w kuchnię, pieniądze itp. Grasuje jeszcze tylko plotka, że tam, na przykład u p. Bieńkowskiej, dziedziczki w Grabowczyku, jakiś oficer miał skraść płaszcz i dwa sweterki dziecięce, itp. babskie wymysły. Spotykamy tu pewnego emerytowanego kapitana WP, który pochodzi z Krasnegostawu i opowiada, że spotkał za Bugiem kolegę [Tadeusza] Stanisza, ale nie wie, gdzie się obecnie podziewa.

Przybywamy do Grabowca, gdzie rzeczywiście spotykamy oddziały naszego wojska pod bronią. Przy tym ludność miejscowa informuje, że pod Zamościem toczy się zawzięty bój między wojskami polskimi a osaczoną niemiecką dywizją. Słychać rzeczywiście ogień artylerii. Chwila namysłu. Nasi zdemobilizowani żołnierze z wozem taborowym ruszają naprzód. My zostajemy w Grabowcu. Otucha wstępuje w nasze serca. Może jeszcze nie wszystko stracone, skoro bój trwa.

Zatrzymujemy się w domu żydowskim niejakiego Uszera. Podejmują was bardzo gościnnie. Gotują nam z naszych zapasów herbatę, dostarczają mleka, chleba i jaj. Zamawiamy sobie na następny dzień mleko, za pośrednictwem najmłodszej Uszerówny kupuje Eichhorn kilogram miodu i wręcza jej na pamiątkę srebrną puderniczkę. Idziemy spać do stodoły zadowoleni, że po raz pierwszy od kilku dni zjedliśmy ciepłą kolację. We śnie przeszkadzał nam trochę wózek dziecinny ustawiony na słomie, ale ostatecznie przepędziliśmy noc jako tako. Niepokoiły nas tylko trochę dość bliskie strzały armatnie.

Idziemy wreszcie naprzód, ale powoli, bo Zarębskiemu „dolega” jego ciężki pakunek. Usiłuje w zamian za swoją walizkę wycyganić jakiś plecak. Tuż za Wojsławicami wreszcie mu się to udaje. Zamienia walizkę na plecak u jakiegoś miejscowego harcerzyka. Czekamy z Eichhornem na ukończenie przepakowywania w przydrożnej chałupie i zajadamy kwaśne mleko z ziemniakami. Jakiś kmiotek z sąsiedniej chaty charakteryzuje sytuację wojenną, mówiąc, że będzie źle z nami, jeśli Pan Prezydent nie uprosi Stalina o pomoc. Nadchodzi Zarębski i ruszamy naprzód. Dochodzimy do Huty. Jest upał. Odpoczywamy trochę w cieniu drzew. Idziemy dalej. Zarębski kupuje w wiejskim sklepiku wspaniałą kiełbasę. Idziemy dalej przez Turowiec. Znowu odpoczywamy w lasku. Idziemy. Na końcu Turowca odbywamy pogawędkę z miejscowymi wieśniakami, którzy wskazują nam drogę na przełaj w stronę Białopola. Mijamy wreszcie, przecinając ją, szosę z Hrubieszowa do Chełma i docieramy o zmroku do Białopola.

Nie uszliśmy jeszcze paru kroków, gdy rozległy się w niedalekiej odległości strzały karabinów maszynowych i huk dział. Słychać to od strony Tomaszowa. Przystajemy na chwilę i nadsłuchujemy. Huk się zbliża, wygląda to na jakąś bitwę. Niepodobna zatem iść na Tomaszów. Chcąc nie chcąc, zmieniamy kierunek, bierzemy się ku Zamościowi na przełaj przez pola. Przyspieszamy kroku, wychodzimy na wzgórek, skąd widać płonące Łabunie i Łabuńki. Zapewne ulicówki, bo widać dwa sznury ognia, jeden bliżej, drugi dalej i trochę wyżej. Nie wiemy jeszcze, kto się zbliża, ale strzelanina staje się gęstsza, działa milkną, słychać tylko karabiny maszynowe i jakby pojedyncze wybuchy granatów. Przypuszczamy, że to Niemcy, choć nie spodziewaliśmy się ich już tutaj. Bierzemy nogi za pas. Idę ostatni, bo stan moich odparzonych stóp nie pozwala na zbytni pośpiech. Zobacz więcej

Po drodze jeszcze w Zwierzyńcu spotykamy kilku jeńców niemieckich, pod strażą naszych żołnierzy. Dodaje nam to trochę otuchy. Zamierzamy jednak dotrzeć za Bug w nadziei, że ustanie wreszcie fala odwrotu. Maszerujemy tedy leśną drogą i koło południa jesteśmy w Kossobudach. Zatrzymujemy się pod leśniczówką Nadleśnictwa Ordynacji Zamojskiej w Kossobudach. Gubię tu flaszeczkę z rycynusem, zakupioną w aptece w Biłgoraju. Zarębski wali na zwiady. Wraca wkrótce i komunikuje, że zastał tam znajomą panią, żonę dyrektora gimnazjalnego, i że możemy dostać trochę zupy z dzika, którego nadleśniczy p. W. Otto kazał ubiegłego dnia specjalnie dla uchodźców upolować.

Spotyka nas przy tym jakiś obywatel z Zamościa, który informuje, że huk bomb i łuna, która wystąpiła na niebie, to skutek bombardowania stacji węzłowej w Zawadzie, położonej o kilka kilometrów na północ od naszej trasy. Opowiada też, że tego samego dnia i poprzednich były naloty na Zamość, który został okrutnie zbombardowany. Mieszkańcy opuszczają na dzień miasto, a wracają dopiero wieczorem. Było wiele ofiar bomb wśród ludności cywilnej. Zobacz więcej

Ruszamy dalej przez las. Robi się zmrok. Spotykamy jakiegoś podejrzanej konduity strzelca rzekomo z Krakowa. Piotruś Ćwik uważa go za szpiega i stara się oddać w ręce jakiegoś oddziału wojskowego. Zdaje się jednak, że to człek Bogu ducha winien, a tylko zmęczony piekielnie i z tego powodu prawie nieprzytomny. Indagacje i zamieszanie wywołane tą historią opóźniają nasz marsz, jest już dobrze ciemno, a do Zwierzyńca jeszcze kawał drogi. Eichhorn irytuje się na zwłokę wywołaną przez Ćwika do tego stopnia, że przed samym Zwierzyńcem traci całkiem siły i kładzie się w przydrożnym rowie. Zasłabł i dopiero świeża woda postawiła go nieco na nogi.

Kilka kilometrów za Biłgorajem odpoczywamy w lesie. Nad Biłgorajem unosi się słup dymu. Przechodnie, którzy później od nas wyszli z miasteczka, informują, że wybuchł tam pożar. Snują różne domysły na temat pożaru, podejrzewają szpiegów, dywersantów itp. Opowiadają o jakimś rozstrzelanym szpiegu, nazwiskiem Müller, który miał być leśniczym i posiadać własną stację radiowo-nadawczą. Zdaje się jednak, że to pożar przypadkowy. Od kilku tygodni panuje przecież susza, miasteczka przeważnie drewniane, piekarnie palą w piecach prawie bez przerwy, więc możIiwość pożaru duża.

Wcześnie rano wchodzimy do Rudnika. Zapytujemy o pociąg. Dowiadujemy się od kolejarzy, że jest tabor i lokomotywy, ale nie ma kto dysponować ruchu.

Walimy na rynek. Do jedzenia nie można nic kupić. Wałęsają się po rynku grupki żołnierzy, niekiedy tylko półumundurowanych, ewakuowanych z Bielska, czy innych miast zachodnich, bez jednego przydziału, bez żołdu, bez dowództwa. Istne rozbitki. Przykro było patrzeć na niektórych tak zwanych żołnierzy w czapce i bluzie wojskowej, w spodniach cywilnych z karabinem na ramieniu i — boso. Żandarmerii polowej ani na lekarstwo. Nastrój paniczny. Przebąkują o mającym wkrótce nastąpić wysadzeniu mostu na Sanie. „Organizator” kupił mi flaszeczkę rycynusu, który na poczekaniu prosto z flaszki wypijam. Udało mu się też kupić trochę smalcu. Chleba ani śladu.

Docieramy wreszcie do Mielca. Zarębski, Eichhorn i Szablak kąpią się w Wisłoce, jestem znużony i nie chce mi się rozbierać do kąpieli. Idziemy ku rynkowi. Po drodze kupujemy trochę ciastek w odpustowym opakowaniu. W jednej z knajp rynkowych natrafiamy na piwo okocimskie. Wypijamy po dwie duże bomby, kupujemy mydło, tytoń, papierosy itp.

Ruszamy na Kolbuszową. Przyłącza się do nas młoda uciekinierka z Cieszyna. Wstępujemy jeszcze do cukierni, gdzie wypijamy po czarnej kawie i dalej w drogę. Mijamy stojące jeszcze w całości Państwowe Zakłady Lotnicze i kilka kilometrów za Mielcem odpoczywamy w przydrożnym lesie. Pożywiamy się chlebem i jajami, z których część rozgniotła się w kieszeni mojego płaszcza. Idziemy dalej pięknym gościńcem, brukowanym kostką porfirową, przez las. Na kilka kilometrów przed Kolbuszową przejeżdżający automobil zabiera naszą towarzyszkę z Cieszyna. My sami zatrzymujemy się na nocleg. Z żywnością coraz trudniej. Mleko na rano trudno zamówić. Zabieramy się do spania.

Ruszyliśmy więc nocą przy świetle księżyca w stronę Dunajca. O świcie jesteśmy nad Dunajcem. U promu czeka sznur wozów różnego rodzaju, także automobile. Wszystko uciekinierzy. Przeprawa wozów idzie bardzo powoli. Pieszych przewozi mniejsza łódka dość prędko. Jesteśmy po drugiej stronie Dunajca.

Wchodzimy do Wietrzychowic. Niestety, niesiemy z sobą popłoch i panikę. Nie pomagają żadne słowa uspokojenia. Dlaczego wy uciekacie — pada na końcu pytanie. Nie skutkują zapewnienia, że przecież zostawiliśmy swoje rodziny i idziemy z polecenia władz przełożonych. 

Bombowce krążą tuż nad nami. Skręcamy nieco na prawo od gościńca. Rozkładamy się pod drzewami na odpoczynek. W Dąbrowie Tarnowskiej nastrój identyczny jak w Szczurowej. Popłoch i panika. Większość sklepów zamknięta. Do jedzenia nie ma nic. Jedynie brudnej wody sodowej trochę tu i ówdzie. Zobacz więcej

17:45

W południe bombardowanie dworca kolejowego. Radio nadaje wiadomości o wypowiedzeniu Niemcom wojny przez Francję i Anglię. Z głośników płyną dźwięki Marsylianki i hymnu angielskiego God save the King. Pogoda przepiękna, słoneczna i ciepła. Wojska polskie cofają się ku wschodowi. O godz. 2.00 wezwał mnie do biura telefonicznie, za pośrednictwem Komisariatu Policyjnego przy ul. Kościuszki, dr Budka. Prawie wszyscy mieszkańcy Dojazdowej 5 siedzą w pralni, którą uszczelniono jako schron przeciwgazowy i przeciwbombowy. W biurze praca do godz. 2.45 nad ranem. Połączenia telefonicznego z Warszawą w ciągu niedzieli już nie było.