New post

od początku
Śledź
1939live
Śledź Polsat
Viasat History

Minęło nas kilka wojskowych aut, przeważnie opli. Sunęły wolno, jak gdyby nie chciały zabrudzić się kurzem zdobytej ulicy. Wyglądały na fabrycznie nowe i zapewne takie były, gdyż wojna trwała zaledwie cztery tygodnie. Co więcej, przypuszczalnie Niemcy używali najnowszych aut, jakie mieli, by wywrzeć wrażenie na ludności. Dumni i pewni siebie oficerowie, niezmiennie w rękawiczkach i stalowych hełmach lub w furażerkach, ledwie zwracali uwagę na Polaków, którzy z zainteresowaniem przyglądali się swym nowym panom.

Nad Mokotowem rozpętało się piekło. Pociski eksplodują z taką zawartością, że nie jesteśmy w stanie odróżnić jednego wybuchu od drugiego. To już ciągły, przedłużający się huk. Najpierw widzimy ziemię lub część muru wylatujące wysoko w powietrze, potem następuje huk, a w końcu odłamki od kupują fragmenty budynków oraz sieką tynki cegły.

Codziennie mam problem z dobraniem odpowiednich przymiotników, aby opisać nasilenie oblężenia. Słowa „dzisiaj było jeszcze gorzej niż wczoraj” nie mówią wiele i wiem, że gdy pewnego dnia powtórnie przeczytam to, co napisałem, nie będę w stanie prawidłowo ocenić całego oblężenia. Niemniej nie mam wątpliwości, że dzisiaj było dużo gorzej niż kiedykolwiek. Ten sam ostrzał, te same bomby burzące i zapalające, tylko na znacznie większą skalę.

Z każdym dnie sytuacja staje się coraz smutniejsza. Częściowo powodem jest narastający głód, częściowo fakt, że tak wyczekiwana przez wszystkich pomoc nie nadchodzi. Za granicą nasza odwaga wzbudza wciąż podziwi… słowa, słowa, słowa.

Czy nasze poświęcenie idzie na marne? Czy mamy ugiąć się przed siłą? Zaprzestać walki i poddać się? Po tym, co usłyszałem dzisiaj w punkcie obrony przeciwlotniczej, stanowczo nie! Strażnik zapewnił mnie, że jutro spodziewane są brytyjskie bombowce. Zapewne były jakieś kłopoty z wysłanie mich tutaj, ale musimy wytrzymać.

Było oczywiste, że Hitler dokręca śrubę, nasilając oblężenie. Nie mógł czekać, aż głód i fatalne położenie ludności cywilnej spowodują wywieszanie białej flagi. Nie mógł marnować czasu. Obiecał Niemcom „wojną błyskawiczną” i pokonanie Polski w dwa tygodnie, tymczasem kończył się trzeci tydzień morderczych walk, a Warszawa trzymała się mocno, dzielnie bronił się Modlin i Hel wciąż był w naszych rękach, podobnie jak wiele innych punktów oporu.

Dziś wieczorem speaker powiedział, że prezydent jest już w drodze do studia. Pół godziny później usłyszeliśmy, jak wychwalał niezłomnego ducha obrony, wolę oporu ludzi i słuszność naszej sprawy.

Nie było w nim nic z oratora, a to, co mówił, nie umniejszy trudności, przed którymi stoimy, ale jak zwykle i go przemówienie dało nam siłę, aby przetrwać następny dzień oblężenia.

Wojna z naszym synem, nękający nas ogień i nocny eksplozje nie słabną.

Całą noc słyszeliśmy wyraźnie odgłosy walk na prawym brzegu Wisły. Karabiny maszynowe rzadko przerywały swój grzechot, a potężna kanonada trzymała nas w trwożliwym czuwaniu. Jednak odgłosy bitwy nie przybliżały się, tak więc prawdopodobnie kolejna próba przerwania obrony nie powiodła się wrogowi. Jak dzielni są nasi obrońcy!

Tymczasem Niemcy nadal ostrzeliwują Warszawę, a mieszkańcy szukają schronienia na niższych piętrach budynków, gdzie czekają na to, co przyniesie im los. W obawie o bezpieczeństwo zmieniają wciąż miejsce pobytu: z centrum na przedmieście i odwrotnie. Często stoi za tym zwykły przypadek lub instynkt, który każe pakować dobytek i ruszać, czasami zaś przykład innych ludzi albo rada przyjaciół, którzy twierdzą, że ta dzielnica jest bezpieczniejsza niż inna.

Wzdłuż wszystkich ulic żołnierze przy czepiali do latarni lub drzew kable telefoniczne, aby połączyć centrum z przedmieściami barykadami, gdzie był teraz prawdziwy teatr działań. Przynosili oni wiadomości o heroicznej walce naszych obrońców. Jak bardzo chcieliśmy usłyszeć, że niemiecki atak osłabł! Ale dla Warszawy nie było dzisiaj dobrych wieści. Miasto zostało okrążone, co potwierdza ostrzał z południa i ze wschodu.

Nigdy w życiu nie widziałem większego bałaganu niż ten w kwaterze głównej Straży Obywatelskiej w Warszawie. Zapytałem o możliwość spotkania z komendantem lub jego zastępcą panem Gebethnerem, ale nikt nie wiedział, gdzie aktualnie przebywają, a poza tym wszyscy, od portiera w górę, byli zdumieni, że ktoś w ogóle chce coś zrobić. Miejsce to sprawiało raczej wrażenie klubu zagubionych dżentelmenów. A już do furii doprowadziła mnie wiadomość, iż ci panowie zorganizowali dostawy chleba wyłącznie na własny użytek.

Żadna wiadomość nie rozchodzi się wśród głodnych ludzi szybciej niż ta o pieczonym chlebie. Sprawia, że gromadzą się tłumnie jak ćmy przy świetle. Słabsi i nieuzbrojeni cywile, szczególnie mieszkańcy Wiasna, czekali spokojnie albo też kłócili się o miejsce w kolejce, jednak nie mieli śmiałości wejść do piekarni. To był przywilej silnych. Nawet dwaj  żandarmi stojący przy drzwiach byli bezradni, kiedy oficerowie wkraczali i do środka i tuzinami zamawiali bochenki. Piekarz przyjmował każde zamówienie – na sto bochenków, na tysiąc, na dziesięć tysięcy – było mu wszystko jedno.

Właśnie wchodziłem do domu, aby obejrzeć lej po bombie, kiedy wniesiono na noszach rannego żołnierza. Szkło pękło głośno pod butami mężczyzn, którzy dźwigali go przez hall. Jako że nie było doktora brygady, posłaliśmy członka Straży Obywatelskiej do ambulatorium, a radnego położyliśmy na łóżku w jednym z pokojów. Zemdlał z bólu.

Według uporczywie krążącej plotki 9 września miał być jednym dniem dla Hitlera. Dlaczego? Tego nikt nie wiedział. Ale cywile mówili to żołnierzom, a ci z kolei powtarzali cywilom. Wieść ta przekazywana była z ust do ust, szeptana wszędzie i każdy zadawał w końcu to samo pytanie: „Co stanie się dzisiaj z Hitlerem?” Ja sam byłem przekonany że coś się wydarzy.

Przy studni napotkałem pilota pijącego wodę z kubka. Utykał i podpierał się kijem. Doznał kontuzji podczas przymusowego lądowania po walce z dwiema niemieckimi maszynami. Zapytałem, czy zechciałby wejść do domu, coś zjeść i dać odpocząć stopie. Po dłuższych perswazjach nakłoniłem go jakoś. Był naprawdę bardzo głodny.