New post

od początku
Śledź
1939live
Śledź Polsat
Viasat History

Clare Hollingworth

Clare Hollingworth była pierwszą reporterką wojenną donoszącą o wybuchu II Wojny Światowej, później opisywanej jako "sensacja stulecia".

Clare Hollingworth

Clare Hollingworth była pierwszą reporterką wojenną donoszącą o wybuchu II Wojny Światowej, później opisywanej jako "sensacja stulecia".

W każdej wiosce były posterunki wojskowe. Czasem stały pośrodku niczego. Znowu mijają nas samochody: ubłocone, zakamuflowane, niektóre podziurawione od kul, powiązane sznurkami. W jednym z nich widziałem żołnierzy z bagnetami. Nie mam pojęcia, jak im się udało przedostać. Niektórym dyplomatom kazano wysiadać z samochodów i zabrano ich na komisariat celem kontroli. Nas nikt nie zaczepiał. Jedynie gdy zatrzymywaliśmy się coś zjeść lub zatankować, wszyscy pytali: „Macie rumuńskie pieniądze? Polskich nie chcemy“.

18:30

Zobaczyłam w górze samolot. Potem jeszcze jeden, trzeci, piąty, ósmy, pojawiały się na niebie jak kamienie podrzucane na tle oświetlonego okna. To siły powietrzne opuszczają Polskę.

"Spodziewa się pan wielu uciekinierów?" - spytałam kapitana rumuńskiej straży granicznej.

"Wielu z tych ludzi czeka już dwanaście godzin".

Po dłuższej dyskusji kapitan przepuścił nas i weszliśmy na most, pod którym wiła się stalowoszara wstęga Dniestru. Zastanawiałam się, jak daleko sięga chaos po stronie polskiej; czy wszędzie w powietrzu świszczą kule?

Gdy zaczęły nas mijać grupy uciekinierów, zorientowałam się, że są pośród nich polscy żołnierze; nie przemieszczali się w szyku, lecz maszerowali z pustym wzrokiem, charakterystycznym dla ludzi wykonujących rozkazy.

„Dlaczego opuszczacie Polskę?"

"Nie mam pojęcia, proszę pani. Jeszcze z nikim nie walczyliśmy. Taki dostaliśmy rozkaz, więc idziemy. Myślę, że ktoś chce zrobić z nas głupców i tchórzy".

Noc spędziłam w samochodzie przy otwartych oknach. Obudziłam się wcześnie. Był jasny poranek, słońce zdążyło już wstać.

Nagle zobaczyłam przed sobą tumany kurzu. „Czyżby to były polskie siły w odwrocie?“, zastanawiałam się. Patrzyłam na żołnierzy maszerujących z precyzją rzadko spotykaną wśród Polaków. Potem dotarło do mnie, co widzę, i sparaliżował mnie strach. Patrzyłam na hufiec niemieckiej armii. Przez chwilę byłam tak przerażona, że zamiast zawrócić, wyłączyłam silnik i patrzyłam, jak zbliżają się do mnie zielone mundury. Potem otrząsnęłam się, odpaliłam silnik i odjechałam w pośpiechu przez pola.

Po południu dotarłam do Lublina. Miasto było nie do poznania. Dzielnica, w której mieszkaliśmy jeszcze kilka dni wcześniej, została zrównana z ziemią. Wielu ludzi zginęło pod gruzami walących się budynków. Nie widziałam w pobliżu żadnych ekip ratunkowych. Miasto było pełne takich opuszczonych dzielnic lub ruin budynków w miejscach, gdzie spadła tylko jedna bomba. Jakimś cudem kościoły ocalały. Poza budynkami mieszkalnymi zniszczony został system kanalizacji. Ulicami płynęły ścieki. Woda pitna była skażona. Zastanawiałam się, jak szybko w tych warunkach wybuchnie epidemia cholery. Wciąż było gorąco. Muchy przykrywały ciała koni, psów i ludzi leżących na chodnikach. To zły znak, gdy żywi nie mogą pochować zmarłych. Nie byłam zaskoczona, gdy zauważyłam ślady szabrownictwa. Okna wystaw, rozbite w wyniku eksplozji, zostały wyłamane, a sklepy splądrowane. Na głównej ulicy panował chaos. Wyglądała zupełnie inaczej niż gdy opuszczałam miasto. Ludzie pędzili przed siebie w atmosferze strachu.

Zjawiło się jakichś trzydziestu lotników. Twarze mieli czarne od brudu i oparów paliwa. Zakamuflowali właśnie swoje samoloty w lasach po drugiej stronie doliny.

Nie mówili o walkach powietrznych. Zamiast tego opowiadali mi o długich karawanach desperacko ciągnących się po środkowej Polsce, a także o tym, jak to niemieckie myśliwce nurkowały i załoga z karabinu maszynowego strzelała do mężczyzn, kobiet i dzieci. Niewielu z tych biedaków ze swoimi poruszającymi się koło za kołem wozami udało się uciec z Polski.

Byliśmy już poza republiką Piłsudskiego. To była letnia posiadłość rosyjskiego właściciela ziemskiego – z Rosji innych czasów – której hrabina Chodkiewicz była właściwym centrum.

Hrabina miała stoicką dostojność. Miała świadomość, nawet wtedy, że może nie przeżyje wielu dni. Jednak powiedziała tylko:

„Mademoiselle, wie pani, jak daleko jest granica rosyjska? 150 kilometrów. I nie mam tu na myśli Niemców”.

Nasza ignorancja dorównywała ignorancji Ambasady Brytyjskiej i całej reszty korpusu dyplomatycznego. A oni [K.OK.: rząd polski], zakwaterowani w Nałęczowie, niewielkim uzdrowisku pod Lublinem, całkowicie odcięci od świata. Jak się później dowiedziałam, wiele z wysyłanych przez nich depesz nie dotarło w ogóle do adresatów. Dwie-trzy godziny zajmowało im uzyskanie najprostszego połączenia telefonicznego. Żadne wiadomości nie docierały też do Nałęczowa, może poza jakimiś sporadycznymi depeszami. Taki chaos zrozumiały był w Katowicach czy Krakowie, gdzie Niemcy stacjonowali parę kilometrów dalej, ale nie do wyobrażenia w mieście będącym siedzibą rządu. 



O poranku zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo zmieniło się to miasto. Ofensywa niemiecka z powietrza nasiliła się, naloty co kilka godzin, mieszkańcy przerażeni. Tłoczą się po klatkach schodowych. Rozmawiają. Co biedniejsi gromadzą się pod arkadami albo wręcz... pod gołym niebem. Dostaliśmy wiadomość z prośbą o zdjęcie z balkonu brytyjskiej flagi, żeby nie prowokować nalotów. Lublin przechodził ten sam proces, który obserwowaliśmy w innych miastach; umierał z głodu. Niewiele żywności zostało w sklepach, w restauracjach prawie nic. Wzmożony napływ uchodźców dodatkowo pogarsza sytuację ekonomiczną w mieście. Jeszcze bardziej poruszyły mnie oznaki demoralizacji wśród polskich oficerów.


13:00

Kiedy schodziliśmy po schodach w zatłoczonym foyer było słychać komunikaty po polsku. Potem  rozbrzmiało „God Save the King”. Zatrzymaliśmy się; utrzymałam równowagę, przytrzymując się ściany. Dla mnie była to najgorsza chwila wojny. Pierwsze reakcje są zawsze osobiste. Myślałam o latach spędzonych w sztabie Ligi Narodów Zjednoczonych i organizowaniu pokojowego głosowania. Wydawało się, że wszystko, na co pracowaliśmy, przepadło. Londyn zostanie zbombardowany, a przyjaźnie i budynki, które kocham, zniszczone. Myślałam szerzej. Czy przyszłość Europy będzie przyszłością z „Rzeczy, które nadejdą” Wellsa? Unicestwieniem, za którym idzie anarchia? Czy, mimo wszystko, powinniśmy budować nową, lepszą Ligę Narodów? Czy Federację Europejską? Czy moglibyśmy zbudować demokrację socjalistyczną, jeśli zniszczylibyśmy tę nową tyranię, skoro nie udało się nam to po zniszczeniu starej? W międzyczasie polski bagażowy podbiegł i ucałował mi dłonie, podczas gdy w radiu nadano Marsyliankę. Trochę źle się czułam i przypomniałam sobie, że ani Wielka Brytania, ani Francja nie mogły uchronić tych wszystkich ludzi przed trafieniem w ręce Niemców.

10:15

Tuż po świcie dał się słyszeć huk artylerii. Było oczywiste, że Kraków nie jest już bezpieczny. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam w drogę do Katowic, jednak nie zajechałam daleko, ponieważ na drodze toczyły się już działania wojenne. To była jedyna scena z wojny, która wyglądała tak jak w książkach i filmach. Polacy zebrali się na kilku gospodarstwach w pobliżu wsi Dołowa i byli zajęci kopaniem okopów w twardej ziemi. Małe grupki żołnierzy rozstawiały telefony polowe. Nad głowami nieustannie przelatywały bombowce. Ciągnięte przez konie kuchnie polowe, wozy z paszą i zapasami i wszelkiego typu sprzęt kołowy toczył się w pośpiechu przez pola i drogi prowadzące na północny wschód. Gdy przejeżdżałam obok, zaskoczyło mnie, że zarówno duże baraki, jak i tymczasowe lotniska wojskowe, były opuszczone. Cały czas mijały mnie karetki, za które służyły teraz autobusy z bielonymi szybami, skrywające w swych wnętrzach licznych rannych. Wszystko wskazywało na to, że armia niebawem polegnie.

11:00

Polacy zawsze się chwalili, że w razie ataku ich przemysł nigdy nie wpadnie nienaruszony w ręce Niemców. W zaufaniu mówili nawet, że nie unowocześniali zakładów przemysłowych, ponieważ mogą zostać zmuszeni do ich zniszczenia. W związku z tym byłam zaskoczona widokiem brygadzistów i robotników, którzy wychodzili z pracy i nie przeprowadzali sabotażu, nie zalewali kopalń. W jednej kopalni udało im się nawet zapobiec takim działaniom poprzez strajk siedzący. Francuski dyrektor polsko-francuskiej huty cynku, który wrócił, aby upewnić się, że zalano ich fabrykę, nie mógł nic zrobić.

10:40

Zaraz za Krakowem Polacy otworzyli ostatnio nowy wielki most, żeby uniknąć niebezpiecznego przejazdu kolejowego. Obok wielu mężczyzn w twardej ziemi kopało okopy. Uznałam, że musi to być druga linia obrony. Nie było ruchu cywilnego, oprócz uchodźców na wozach, ale było mnóstwo wojskowych ciężarówek i widziałam pociągi z wojskiem, które zatrzymywały się w szczerym polu, pełne ludzi i broni, zupełnie niezamaskowane. W pewnym momencie zauważyłam bardzo dużo koni, rozbijano kuchnie polowe, namioty, na poboczach ustawiano łączność polową, wszystko dowodziło, że wojsko koncentruje się na niskich wzgórzach i w lasach.

13:00

Kiedy wróciłam do Konsulatu, wszyscy właśnie podbiegli do okien. 30 lub 40 młodych mężczyzn, najstarsi nie mieli nawet 20 lat, było prowadzonych przez zdwojoną straż. Wszyscy mieli przepaski ze swastyką. Usłyszawszy broń i alarm, założyli, że weszły siły niemieckie. Długo przygotowywali te naszywki na ramiona, wyskoczyli z impetem na ulicę krzycząc „Heil Hitler!”

Zamiast powszechnego powstania nadeszło wojsko, otoczyło ich i rozbroiło. Kilka minut później usłyszeliśmy stłuczkę dwóch ciężarówek. Były pełne robotników, ich rozdarte ubrania, brudne, poplamione krwią. Kucali otoczeni żołnierzami. Za każdym razem, kiedy ktoś podniósł głowę, kolba karabinu zmuszała go do jej opuszczenia.

11:15

Kiedy wróciłam do Konsulatu, wszyscy stali przy oknach. Trzydziestu lub czterdziestu młodych mężczyzn, najstarsi nie mieli nawet 20 lat, było prowadzonych przez zdwojoną straż. Wszyscy mieli przepaski ze swastyką. Usłyszawszy broń i syrenę założyli, że weszły siły niemieckie. Długo przygotowywali te naszywki na ramiona, wyskoczyli z impetem na ulicę, krzycząc „Heil Hitler!”.

Zamiast powszechnego powstania nadeszło wojsko, otoczyło ich i rozbroiło. Kilka minut później usłyszeliśmy stłuczkę dwóch ciężarówek. Były pełne robotników, ich rozdarte ubrania brudne, poplamione krwią. Kucali otoczeni żołnierzami. Za każdym razem, kiedy któryś z nich podniósł głowę, kolba karabinu zmuszała go do jej opuszczenia.

W gazetach niewiele jest na ten temat, chociaż ostatnio sporo się działo. Najpierw seria wybuchów małych bomb, za każdym razem skierowanych przeciwko mniejszości niemieckiej i zawsze nieskutecznych. Następnie wykryto poważny sabotaż kolejowy. Spisek wyszedł na jaw po zastrzeleniu policjanta.