New post

od początku
Śledź
1939live
Śledź Polsat
Viasat History

Sven Grafström

Przeniesiony do Warszawy w 1936 r.

Jechaliśmy szybko i o 9 wieczorem byliśmy w Stockholmie. Zatrzymaliśmy się w Grand Hotelu. Nim poszliśmy spać, odwiedziliśmy rodziców. Akurat tego dnia przeprowadzili się ze starego mieszkania przy Odengatan do nowego, przyjemnego przy Linnégatan, naprzeciw koszar Göta Lifgarde. Miło było ich uściskać po wszystkich przygodach.

Benzynę na przejazd przez Szwecję na prośbę UD otrzymałem od szefa policji w Hälsingborgu.

Rano udałem się do szwedzkiego przedstawicielstwa przy Tiergartenstrasse. Przy śniadaniu u ministra Richerta spotykam Lagerberga. Właśnie przybył pociągiem z Bukaresztu, bezzwłocznie udaje się do Stockholmu. Jest blady i roztrzęsiony, ale wygląda zdrowo. Ma za sobą męczący okres, równie pełen trosk i napięcia, co ja. Bombardowanie miasteczka, jakim jest Krzemieniec, było straszne. Granicę rumuńską przekroczył wraz z dużą częścią polskiego rządu. Jest przeświadczony, że naczelny dowódca, Rydz-Śmigły, uciekł przez rumuńską granicę. Bardziej prawdopodobne, że marszałek nie miał wyjścia, groziło mu wzięcie do niewoli przez wdzierające się jednostki rosyjskie.

Wyruszyliśmy o godz. 8 w stronę Berlina. Tankowanie i organizacja jak poprzednio. Lunch spożyliśmy w Szczecinie, w sali zebrań pomorskiej szlachty. Siedziałem koło kpt. d'Albedylla. Odważnie przeklinał partię i orzekł, że niezależnie od wyników wojny żołnierze, jak wrócą do domu, to zrobią koniec z tym nieszczęściem, oczywiście (nie daj Boże), jeśli Niemcy wyjdą zwycięsko z walki. Dalej mi powiedział, że naziści popełnili głupstwo, nie posyłając dużej liczby partyjnych na front.

Ostatnie sto kilometrów jechaliśmy autostradą. Lękliwi dyplomaci przestali się bać i pokazują gangsterskie fasony. Nie pilnują miejsca w konwoju, wielu jeździ, jak by to nie była ewakuacja, a zawody o Grand Prix.

Z Gdańska jedziemy znaną od dawna, w bardziej radosnych okolicznościach często uczęszczaną drogą do Gdyni. Na wszystkich ulicach Wolnego Miasta wiszą dewizy: „Witamy w Sopocie, nasz wodzu”, „Gdańsk wolny dzięki Tobie, nasz Führerze”, „Rozkazuj, Führerze, pójdziemy za Tobą”. Gdańsk BYŁ wolny, takie zdanie jest bliższe prawdy. Wszystko to wywołuje odruch wymiotny. Miałem odczucie jazdy przez miejsce kultowe fanatycznej, zaślepionej sekty bałwochwalczej.

W Allenstein, dokąd przybyliśmy o szóstej rano, ponownie kawa dla tych, co mieli siłę wstać, oraz tankowanie z wagonu kolejowego, jak poprzednio bezpłatne. Było trochę czasu, by spojrzeć na współjadących. Nie brakuje wystraszonych południowych Amerykanów, już z przywróconą równowagą, niechlujnych wschodnich Europejczyków oraz moich lepszych lub gorszych przyjaciół z europejskich państw neutralnych.

W stronę Radzymina ruszył z ambasad i poselstw niekończący się potok prywatnych samochodów i autobusów. Polakom udało się zorganizować autobusy dla niemających samochodów! Samochody de Lavala i Widéna nie wytrzymały przeciążenia, zgasły już w Ujazdowskich. Na szczęście część Szwedów otrzymała miejsce w autobusach, czego początkowo nie brano pod uwagę.

Dziś sensacja, po raz pierwszy od 14 dni myłem się w ciepłej wodzie, jakiś pożytek z raportów pisanych do 1933 r., posłużyły do grzania wody.

O godz. 15.15 samoloty niemieckie zrzuciły nad Warszawą ulotki, oto treść: Wzywa się miasto do poddania. Jeśli to nie nastąpi, to ludność cywilna będzie miała 12 godzin na opuszczenie miasta i wyjście w kierunku Siedlec i Garwolina, po czym niemieckie władze wojskowe uznają miasto za fortecę i będą zgodnie z tym postępowały.

Niemiecka deklaracja braku względów dla ludności cywilnej w swym meritum nie wywołuje specjalnych wzruszeń, nawet to, że została ogłoszona w sposób otwarty i cyniczny. Jest bowiem faktem, że Niemcy od wybuchu wojny bezlitośnie bombardowali otwarte miasta, uchodźców, kobiety i dzieci w polu itd. Raporty, jakie do mnie dotarły, są tak liczne i jednoznaczne, że nie można mówić o pojedynczych pomyłkach.

Leży przede mną kolekcja odłamków granatów, które nocą wpadły na teren poselstwa. Szczęśliwie nie wyrządziły większej szkody, ani nikogo nie trafiły. W Ujazdowskich, 600 m stąd, płonie gmach Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych. W budynku znajduje się cenne archiwum Piłsudskiego.

Gazety zamieściły wiadomość, że ogień nieprzyjaciela uszkodził Belweder wraz z mieszkaniem Piłsudskiego. Na frontonie, koło poselstwa, nie widać nic budzącego uwagę, więc razem z Forsbergiem obejrzałem budynek od Łazienek. Tu, niestety, zobaczyliśmy dużo dziur w murze i popękane szyby, wyraźny rezultat ognia km-ów. Moja teoria, że szkody są spowodowane przez zbyt nisko rozpryskujące się pociski polskiej obrony plot. Niemożliwe, by były wynikiem ognia artyleryjskiego. Może budynek został ostrzelany przez samolot, ale ze względu na położenie wydaje się to wysoce nieprawdopodobne.

Żadnego ruchu ulicznego. Czasem miga szarozielony samochód wojskowy albo zakamuflowany gliną samochód zarekwirowany przez wojsko, to wszystko. Ludzi mało. Tłumek cywili, niektórzy boso, pod kierunkiem żołnierza buduje barykadę, grupka sióstr Czerwonego Krzyża, wystraszone, polujące na żywność gospodynie domowe... Wiele otwartych sklepów, nie brakuje w nich konserw i owoców. Najtrudniej o kartofle, tłuszcze i mleko. Zobaczymy, co potrafi dostarczyć „dyplomatyczny kramik”. Instytucja przypomina czas spędzony w Moskwie.

Całą noc i ranek wznoszono barykadę na drugim końcu Bagateli, od alei Ujazdowskich. W tej chwili, pół do siódmej rano, narzędzia pneumatyczne prują asfalt. Dojazd samochodem niemożliwy. Bez przerwy silny ogień artyleryjski.

Zbudowaliśmy barykadę przy bramie, by utrudnić uchodźcom wdarcie się do poselstwa.

Z wiarygodnego źródła o sytuacji dziś rano: Niemcy posunęli się z północy na odległość 8 km od stolicy, z południa 15 km iz zachodu | 40 km. Upadek jest kwestią najbliższego czasu. W wielu miejscach pożary.

Wyszedłem na dach, z przygnębieniem zobaczyłem ze wszech stron zacieśniający się horyzont. Zrobiłem zdjęcia. Pogoda nadal wspaniała.

Raporty polityczne do 1933 r. zostały dziś złożone do szafy pancernej, gdzie wcześniej znalazły się szyfry, blankiety paszportów, stemple, pieczęcie oraz niniejsze notatki. Nie chcę palić szyfrów. Szwedzkie flagi wywieszone są na dwóch ścianach domu, na podobieństwo orientalnych dywanów.

Warszawa jeszcze nie zdobyta. Trudno się zorientować, dokąd dotarli Niemcy. Informacjom się nie ufa. Szwedzkie radio zajmuje się głównie stosunkami w Chinach. Angielskie jest skrajnie ostrożne. Niemieckie podaje zwycięskie biuletyny, wyraźnie przesadne; polskie komunikaty, mimo ostrożności, brzmią zbyt optymistycznie. Nie wiemy nic, co się dzieje na froncie zachodnim.

Miasto ma dziś spokojniejszy wygląd, wczoraj zdawało się, że panika jest blisko.

Wygląda, że jeśli nie nastąpi cud, to zajęcie miasta przez Niemców jest tylko kwestią czasu. Cywile pod nadzorem wojska kopią rowy strzeleckie w różnych punktach śródmieścia; w Ujazdowskich, tuż koło poselstwa, stoją działa przeciwpancerne. Zdaje się, bezgłowi, prawdziwie polscy „legioniści” będą bronić miasta przeciwko wielokrotnej przewadze nieprzyjaciela do ostatniej cywilnej kropli krwi.

W ogóle, przynajmniej z punktu widzenia laika, sposób dowodzenia obroną wygląda na bezgłowy. Kiedyś będzie to temat dla historyków wojskowości.