New post

od początku
Śledź
1939live
Śledź Polsat
Viasat History

Rano wyjeżdżają marszałkowie Sejmu i Senatu, prezes Najwyż­szej Izby Kontroli - wszyscy dostali polecenia specjalne finansowe do Bukaresztu, podpisane przez premiera.

✍    Also today

Codziennie mam problem z dobraniem odpowiednich przymiotników, aby opisać nasilenie oblężenia. Słowa „dzisiaj było jeszcze gorzej niż wczoraj” nie mówią wiele i wiem, że gdy pewnego dnia powtórnie przeczytam to, co napisałem, nie będę w stanie prawidłowo ocenić całego oblężenia. Niemniej nie mam wątpliwości, że dzisiaj było dużo gorzej niż kiedykolwiek. Ten sam ostrzał, te same bomby burzące i zapalające, tylko na znacznie większą skalę.

Wczoraj wieczorem do godziny jedenastej jechało bardzo dużo wojska w stronę Zwierzyńca. Szosą szły samochody, a koło szpitala w kierunku na Błonie oddziały konne. Potem nagle się uspokoiło.

Przed południem sporo wojska jechało w stronę Zwierzyńca. Po południu widać już tylko od czasu do czasu pojedyncze samochody i motocykle. O godzinie dziewiątej wieczorem Niemcy ostatecznie opuścili Szczebrzeszyn. Wciąż mówią, że nadchodzą bolszewicy. Jeszcze nie mogę w to uwierzyć.

Dzisiejszy nalot nieprzyjacielski z niezwykłą furia niszczący miasto wszelkimi możliwymi środkami obliczony jest niewątpliwie na wzniecenie popłochu strachu wśród ludności Stolicy, celem załamania jej ducha.

Według posiadanych informacji są to ostatnie w tym kierunku próby przed odlotem bombowców niemieckich na front zachodni.

Niezwykłe nasilenie nalotu i liczba biorących w nim udział bombowców informacje te potwierdza.

Niszczenie naszej Stolicy jest już faktem dokonanym. Nic gorszego spotkać już nos nie może. W imię Boga i Ojczyzny przetrwany. Zobacz więcej

Oświetlono jednak tylko centrum miasta – ulice wypadowe, jak np. Karmela Długa pozostają ciemne. Mówiono nam bajeczki o wygłodzonych Niemcach – tymczasem żołnierze ich to chłopy na schwał, dobrze odkarmione i wyposażone. Miasto z wolna nabiera spokojniejszego i bardziej normalnego charakteru - żołnierstwo snuje się bez broni. Jeszcze wracają uchodźcy ze wszystkich kątów Polski – których strach pędził tłumami tamującymi pochód armii. Opowiadają, że Prokuratura wywoziła swe akta karawanem a Kuratorium jechało Wisłą galarami, z których akta potopili. Biedni skauci porzucili swą kwaterę na ul. Śląskiej w najwyższym nieładzie. Śmieszne jest ogłoszenie wydane dziś przez Zarząd Miasta a podpisane przez P. Miksiewicza Ostrzegające przed nalotami nieprzyjacielskimi – Kto? Skąd? Warszawa (gen. Rómmel) ciągle się broni. Druga większa grupa pod Zamościem (gen. Sosnkowski).

Ze szkoły wracam po piątej, robię część albo wszystkie lekcje i idę do Grodzeńskich na dziennik wieczorny po polsku z Londynu. Staje się to już, zdaje się, moim codziennym zwyczajem. Zawsze po dzienniku gada się i kończy ze wzdychaniem.

Wojna nie układa się zbyt różowo. Rosja zabrała już 60% ziem polskich, prócz tego rozciąga swe wpływy na Estonię. Warszawa w gruzach, brak wody i żywności, lada dzień padnie, a Francuzi gryzą ciągle jeszcze linię Zygfryda. Ribbentrop jedzie jutro do Moskwy na zaproszenie Stalina. Podzielą sobie widać Polskę.

Pożyczyłem sobie dziś od Łęczyckiego 2 zł na zakup zeszytów. Oddam mu, kiedy będę mógł. Jemu to nie zaszkodzi, a mnie pomoże. Garnę się coraz bardziej do Marksa, porównując dzisiejsze nasze stosunki, choćby szkolne. Wojna ta powinna stać się prawdziwą oswobodzicielką.

Taką diagnozę postawił Duce w sprawie rosyjskiej interwencji wywołanej przez Niemcy. Jest święcie przekonany, że Hitler będzie przeklinał dzień, w którym sprowadził Rosjan do serca Europy. Sowieci mają do dyspozycji dwa rodzaje broni, które sprawiają, że są jeszcze bardziej przerażający: panslawizm, którym mogą wywierać wpływy na Bałkanach, i komunizm, który rozprzestrzenia się szybko wśród proletariatu na całym świecie, poczynając od samych Niemiec.

Atmosfera wytwarzana przez uchodźców polskich w ich własnych kołach oraz w kołach Polaków miejscowych, szczególnie zaś ziemian, nie jest zdrowa nieprzyjemna. Ci ludzie, zdenerwowani i przerażeni, szerzą też przerażenie dookoła. Są wśród nich, co prawda, ludzie, którzy zachowali się sąd trzeźwy i perspektywę, ale większość zapatrzona w swoje własne troski i nieszczęście, a dominującym ich efektem jest lęk. Ten lęk udziela się przez nich i od nich innym, z którymi oni obcują. Są oni defetyści stuprocentowi. Naturalnie, że przede wszystkim wiedzą oni bolszewików już w Litwie i to jest ich ciągłym koszmarem. To pytanie, czy Sowiety zagarną Litwę, jest dla nich najżywotniejsze, bo to by nie tylko przekreśliło ich ucieczkę, ale jeszcze spotęgowało ich nie bezpieczeństwo osobiste.

Zdecydowaliśmy na jutro nasz wyjazd i najprzód powrót w płockie do Kuzikowskiego, potem do nas. Bóg raczy wiedzieć, czy dobrze czynimy. Tyle nierozsądnych decyzji pobieraliśmy już w tym czasie, że i ta może się okazać zgubna. Dzieci...

Wyruszyliśmy o godz. 8 w stronę Berlina. Tankowanie i organizacja jak poprzednio. Lunch spożyliśmy w Szczecinie, w sali zebrań pomorskiej szlachty. Siedziałem koło kpt. d'Albedylla. Odważnie przeklinał partię i orzekł, że niezależnie od wyników wojny żołnierze, jak wrócą do domu, to zrobią koniec z tym nieszczęściem, oczywiście (nie daj Boże), jeśli Niemcy wyjdą zwycięsko z walki. Dalej mi powiedział, że naziści popełnili głupstwo, nie posyłając dużej liczby partyjnych na front.

Ostatnie sto kilometrów jechaliśmy autostradą. Lękliwi dyplomaci przestali się bać i pokazują gangsterskie fasony. Nie pilnują miejsca w konwoju, wielu jeździ, jak by to nie była ewakuacja, a zawody o Grand Prix.

Wróciłem z Deauville dziś rano. Wieś spokojna. Nie widać wojny.

Musiałem otworzyć zablokowany rachunek. Bieganina, wydatki, piętrzące się przeszkody. Błogosławieństwem było spędzić w domu całą wczorajszą niedzielę. Po kilkudniowej przerwie nareszcie zapisałem kilka stron w dzienniku. 

Od dziś kartki na chleb. Czekolada skonfiskowana.

Generał pułkownik Fritsch, jeszcze kilka miesięcy temu naczelny dowódca armii, poległ 22 września pod Warszawą. Kilka liniijek nekrologu, malutki obrazek, parę słów na temat przemijania, same banały. Eva i ja, niezależnie od siebie, postawiliśmy przy tym znak zapytania.