New post

od początku
Śledź
1939live
Śledź Polsat
Viasat History

Z przykrością informuję Izbę, że katastrofa może okazać się większych rozmiarów niż wskazywały wcześniejsze doniesienia. Na tyle, na ile udało się ustalić, na pokładzie było 1418 osób, z czego 315 załogi, a 1103 pasażerów, z których około 800 posiadało brytyjskie lub europejskie paszporty, a ponad 300 posiadało paszporty Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Potwierdzono już, że katastrofa była spowodowana atakiem łodzi podwodnej, bez ostrzeżenia. O godzinie 19.45 czasu lokalnego w niedzielę, 3 września, torpeda uderzyła w rufę statku, za maszynownią od strony portu, gdy znajdował się 250 mil na północny zachód od wybrzeża Irlandii. Wkrótce po tym, jak torpeda uderzyła w statek, okręt podwodny wyszedł na powierzchnię i wystrzelił pocisk, który eksplodował na pokładzie „C”. Okręt podwodny krążył wokół tonącego statku i był widziany przez wiele osób, w tym ocalałych Amerykanów, z których znaczna liczba - jak sądzę 12 lub więcej - złożyła w tej sprawie pisemne oświadczenia pod przysięgą.

✍    Also today

Czy ktokolwiek widział lub słyszał w historii wojen narodów o tym, że bogaty kraj o populacji 35 mln, zorganizowanym wojsku, zostałby skrzywdzony przez niemieckiego złoczyńcę w ciągu 5 dni?

Nasz pierwszy alarm powietrzny o 8:30 dziś rano. Ćwierkanie, które wślizguje się stopniowo, podczas gdy leżę w łóżku. Ubrałam się więc i wyszłam na taras z L. Czyste niebo. Wszystkie domki zamknięte. [Śniadanie. Wszystko jasne. Podczas przerwy nalot na Southwark. Żadnych wiadomości. Hepworthowie przyszli w poniedziałek. Raczej jak podróż morska. Wymuszona rozmowa. Nuda.] Wszystkie rzeczy straciły znaczenie. Prawie nie warto czytać gazet. B.B.C. daje wszelkie wiadomości dzień wcześniej. Pustka. Niewydolność. Równie dobrze mogę rejestrować te rzeczy. Zobacz więcej

Sytuacja: Zajęte przez wojska niemieckie znaczne części teryto­rium. Pan premier informuje, że sytuacja uległa pewnej poprawie. Kolumna zmotoryzowana niemiecka, która przedarła się koło Łodzi, jest zatrzymana. Wysyłamy maksimum urzędników do Lublina.

Poranek po zimnej nocy przepiękny i prawie cicho. Zdawało się, że nasi odparli atak.

Tymczasem przeciwnie. Cisza i brak wojska na ulicach wskazywały, że nasza armia wycofała się, aby nie narażać Krakowa na bombardowanie. Istotnie gdzieś między 9 a 10 weszli oni już do miasta. Wiceprezydent Klimecki zjawił się na 3 moście, skąd już strzelały placówki niemieckie. Niebawem koło 10-tej przybył do magistratu pułkownik niemiecki, z porucznikiem i sierżantem (szarży nie jestem pewien) oraz tłumaczem (cywilnym polskim) i wtedy to miałem możność uczestniczenia w konferencji, jakże różnej od tej przed laty 24, w salonie prezydenta. Pułkownik niem. w tonie uprzejmym podyktował pierwsze warunki: wydanie broni przez mieszkańców Krakowa, stawienie się zbiegów i maruderów z wojska polskiego. Ruch uliczny ma być wolny, ale od 6 wieczorem do 5 rano bezwarunkowo zamknięty, żąda spokoju i bezpieczeństwa dla swego wojska. Zobacz więcej

Führer wyraził swoją wdzięczność rannym żołnierzom za ich odważną postawę. Ich oczy błyszczały z pełną entuzjazmu radością z powodu niespodziewanego gościa, który wielokrotnie wspomniał swój własny okres rekonwalescencji podczas wojny światowej.

Podróż do Deauville. Drogi dość luźne. Wszędzie wrażenie porządku i spokoju.

Podobno był w Lublinie marszałek Rydz-Śmigły i rząd. W każdym bądź razie Minister Sprawiedliwości (Witold Grabowski) był u nas w sądzie i jak opowiadają, strasznie bał się nalotów. Nadają przez radio rozkaz, by wszyscy mężczyźni zdolni do służby wojskowej opuścili stolicę. To coś niedobrze. U nas też mówią o ewakuacji. A fale uciekinierów rosną – wszystko na Wschód, za Bug. Tam ma być bezpiecznie. Tam będziemy się bronić. A tymczasem Niemcy opanowują Beskidy w okolicy Nowego Sącza. Opuszczony Kraków. Zdobywają Ciechanów.

Pierwsze po wakacjach spotkanie Heimnachmittag. Liesel zdała relację z postępów naszej armii w Polsce – jakże raduje się serce! Kraków upadł; linia frontu Führera przesunęła się aż pod Grudziądz. Polski rząd uciekł do Lublina. Niewiarygodne, ale prawdziwe! Liesel opowiadała o służbie na stacji kolejowej oraz o uchodźcach ze wschodu i zachodu, o ich trudzie i znoju, których była świadkiem. Co za szkoda, że my, młodsze przodowniczki, nie możemy jeszcze wypełniać takich obowiązków. 

Chciałam zostać, ale nagły odjazd innych działał. Pani Gojawiczyńska zatelefonowała niespodzianie we wtorek, czy wyjeżdżam, że ona stara się o to. Była bardzo zdenerwowana. Postanowiłyśmy się jeszcze skomunikować, razem coś przedsięwziąć. Po jej telefonie wzięłam się ze szwagrem, który miał wynajęty samochód, by podążyć nim za swym biurem do Lublina. Był zmieniony, też nie chciał rzucać Warszawy, wydawał się zupełnie zdruzgotany.

We czwartek wybuchła wojna! Najpierw 30 albo 31 sierpnia rozpoczęła Polska wojnę z Niemcami. Teraz już i Anglia, i Francja też wypowiedziały wojnę Hitlerowi i wzięli go z trzech stron. Ale i on nie próżnuje. Ciągle nad Przemyślem latają samoloty nieprzyjacielskie, co pewien czas alarm. Ale dzięki Bogu, że na razie nie zrzucono na nasze miasto ani jednej bomby. Bo inne miasta, jak: Kraków, Lwów, Częstochowa, Warszawa, zostały po części zburzone.

Ale my walczymy, walczymy wszyscy od młodych dziewcząt począwszy, a skończywszy na żołnierzach. PWK”, do którego należę, też podejmuje rozmaite prace. Ja kopałam już rowy przeciwbombowe, szyłam maski gazowe, służę za gońca, mam dyżury na stacji (podaję herbatę jadącym żołnierzom), chodzę i zbieram żywność dla żołnierzy, słowem walczę wraz z całym społeczeństwem polskim. Walczę i zwyciężę!

Radio podało – i potem kilkakrotnie powtórzyło — wiadomość, że Niemcy przerwali front i że w bliskim czasie już stanąć mogą pod Warszawą; że wobec tego wzywa się ludność Warszawy do masowego udziału w akcji kopania okopów. Dla mojej dzielnicy jako punkt zborny dla osób zgłaszających się do pracy wyznaczono plac Unii Lubelskiej. W nocy, w ciemnościach pogotowia przeciwlotniczego, ulice zaroiły się.
Organizacja nie była bardzo sprawna, jakkolwiek lepsza może, niżby można było oczekiwać w tych warunkach. W każdym razie upłynęły dwie godziny, nim oddział z mojej ulicy (przez ten czas już porządnie przerzedzony) otrzymał rozkaz wymarszu na robotę w określonej dzielnicy. Kopanie okopów trwało w jednych punktach do rana, w innych do południa. Sprowadzono „kopaczy” nowych, wyłapanych na ulicach, zasadniczo jednak pracowali ,,ochotnicy” z nocy, teraz już traktowani jako przymusowo zwerbowani. Ludzie do tej roboty nie przyzwyczajeni po paru godzinach już ledwo podnosili łopaty.

Dyżur mój skończył się o pierwszej w nocy. Idę budzić Rysia Wóicikowskiego na jego zmianę. Jest on pesymistycznie nastrojony i z jego to ust słyszę po raz pierwszy coś o zamierzonej jakoby ewaluacji miasta. Opowiada, że w urzędzie, w którym pracuje jego ojciec, wszystko już spakowane i lada minuta opuszczają Łódź. Dziwie się: co, jak? Niemcy, słyszę, lada godzina zajmą Łódź.

Kładę się spać, lecz o piątej nad ranem budzą mnie głośne rozmowy w mieszkaniu. Siedzi sąsiad Grodzeński z żoną spazmującą i płaczącą, nawołującą nas do pójścia. Gdzie, dokąd, po co? Nie wiadomo. Lecieć, lecieć, byle dalej, stąpać, brodzić, płakać, zapomnieć, uciec... byle uciec jak najdalej od niebezpieczeństwa.

Korytarzem, przez most wojskowy w pobliżu Chełmna dotarliśmy do nowej kwatery głównej w Olsztynie. Potworny widok pod Świeciem - w pień wystrzelano wszystkich Polaków, którzy Wisłą, na barkach, bezskutecznie próbowali wydostać się z kleszczy pod Chełmnem. Wszędzie setki kawaleryjskich koni bez jeźdzców i porzuconych wozów dostawczych.

Mama moja, kochana przewrażliwiona wiecznie mama, okazuje niezwykłe opanowanie: pociesza i odwodzi od niedorzecznych zamiarów Grodzeńską, z wolna usuwając z mieszkania zarazę zbiorowego szału, psychozę tłumu idącego na rzeź. Ojciec traci głowę, nie wie, co robić. Przychodzą inni sąsiedzi Żydzi na naradę, opowiadają o poleceniu opuszczenia miasta przez wszystkie osoby zdolne do noszenia broni — by wróg nie mógł wysłać ich do obozów pracy. Więc nie wiedzą, co robić. Zastanowienie, wreszcie decyzja: zostać na miejscu. Jak będzie, tak będzie.

Ciągle idą ludzie, ciągną sznury mężczyzn na punkt zborny w Brzezinach, uciekają poborowi i rezerwiści. Za nimi kobiety, toboły na plecach, bielizna, pościel, jedzenie. Małe dzieci też idą. Wszyscy komendanci uciekli, tak że żartem nazwaliśmy siebie komendantami i odgrywaliśmy ich do południa.

Mówią, że Francuzi na froncie zachodnim wywiesili plakat: „Nie strzelamy”. I że Niemcy odpowiedzieli swoim plakatem: „My też nie!”. Ale to chyba nieprawda.

Od dziś rana restrykcjami objęto też samochody ciężarowe.