New post

od początku
Śledź
1939live
Śledź Polsat
Viasat History

Godzina 16:30. Ostry atak bombowy na Łuków. Obok rozbita ka­mienica. W odległości kilkudziesięciu metrów pożar. Uszkodzone ulice, elektrownia i dworzec kolejowy. Sceny rozpaczy u Nowińskich. Wiadomości ze szpitala w Łukowie o olbrzymiej ilości rannych, ewa­kuowanych z Ciechanowa. Samolot niemiecki bombardował pociąg i ostrzeliwał cywilną ludność z karabinów maszynowych. Głównie ranne są kobiety i dzieci. Dużo zabitych.

✍    Also today

W nocy. Cisza zupełna. Cisza straszna. Nie śpię. Trzymam radio otwarte całą noc. Żadnych: Uwaga, uwaga, nadchodzi... Niemcy w nocy nie bombardują. O dwunastej w nocy słyszę nagle:

Blaskota. Blaskota. Bolesław wzywa do Warszawy. To się powtarza, te słowa wiele razy raz po raz, martwo, groźnie, strasznie. Blaskota. Blaskota. Bolesław wzywa do Warszawy.

Niemcy podają, że cofamy się na całej linii, że zajęli Nowy Sącz, Kraków i Kielce, że rozbili na Pomorzu naszą 9. i 27. Dywizję oraz Pomorską Brygadę Kawalerii. Komunikat naszego sztabu nr 6 mówi o bombardowaniu naszych tyłów i kolei oraz że zniszczyliśmy dziś 15, a wczoraj 20 samolotów niemieckich. Walki w rejonie Łodzi, Piotrkowa Trybunalskiego, Tomaszowa Mazowieckiego, Tarnowa i Różan.

Rano jeździłem do Lublina. Wróciłem około siódmej wieczorem, zmęczony strasznie, bo cały dzień spędziłem na nogach i nawet obiadu nie jadłem. Dzisiaj Lublin wygląda wręcz przygnębiająco. Wszystkie ulice, zwłaszcza główne, zatłoczone samochodami najrozmaitszych marek i typów. Walizki i toboły nie wewnątrz, lecz i na dachach, na zderzakach, na błotnikach, na maskach... Stacje benzynowe w oblężeniu, ale już mało kto dostanie tu trochę benzyny. Składy wojskowe wydają benzynę, lecz wyłącznie posiadającym odpowiednie zaświadczenia. Przy tych składach widziałem olbrzymi sznur wozów posuwający się z dwóch stron. Często wytwarzał się w tym miejscu taki zator, że żaden samochód ani furmanka nie mogły się ruszyć. Widziałem też niejeden samochód ciągnięty końmi.

Wieści są straszne – zajęty Kraków, Zakopane, Częstochowa, Łódź, Bydgoszcz Grudziądz. Wojska niemieckie uparcie dążą ku Warszawie. O niektóre artykuły coraz trudniej, na przykład o przybory i sprzęt podróżniczy. Restauracje i kawiarnie wypełnione po brzegi, jednak, przepchawszy się, wszędzie można dostać coś do zjedzenia.

Nie ma chleba! Uformowały się długie kolejki po kilkaset osób, by dostać bochenek chleba. Krzyki sięgnęły serca niebios. Bestia tkwiąca w ludziach wyszła na powierzchnię, gdyż głodne tłumy są zdolne do wszelkiego rodzaju przemocy. Jeden mężczyzna uderzył swojego sąsiada w bok i w ramię i nie było żadnego policjanta, który utrzymywałby porządek. Ktokolwiek zdołał, po wielu wysiłkach i trudach, chwycić bochenek chleba, który jest niczym innym, jak odrobiną ciasta, miał szczęście i jego radość nie znała granic. Ta scena obudziła we mnie odrazę i litość dla nieszczęśników.

Był ostatnim dniem przed dojściem Niemców do Warszawy. Dzień ten był, jak się zdaje, kulminacyjnym momentem w akcji należącej do najtragiczniejszych stron tych czasów: wychodzenia młodych mężczyzn z Warszawy. Hasło do tego dał oficjalny komunikat radiowy: przemówienie płk. Umiastowskiego, który wzywał młodych mężczyzn w wieku zdolności do służby wojskowej do opuszczenia miasta przed wejściem armii niemieckiej. Emigracja ta rozwinęła się w rozmiarach wprost szalonych. Jakie tu czynniki oddziaływały: poczucie obowiązku, chęć usunięcia spod władzy okupanta najlepszych sił, czy też poczucie własnego interesu, strach przed wojskami okupacyjnymi, dochodzący do pogłosek czy przewidywań wycinania mężczyzn lub posyłania wszystkich do obozów koncentracyjnych – z tego dotychczas nie potrafię zdać sobie sprawy.

O poranku zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo zmieniło się to miasto. Ofensywa niemiecka z powietrza nasiliła się, naloty co kilka godzin, mieszkańcy przerażeni. Tłoczą się po klatkach schodowych. Rozmawiają. Co biedniejsi gromadzą się pod arkadami albo wręcz... pod gołym niebem. Dostaliśmy wiadomość z prośbą o zdjęcie z balkonu brytyjskiej flagi, żeby nie prowokować nalotów. Lublin przechodził ten sam proces, który obserwowaliśmy w innych miastach; umierał z głodu. Niewiele żywności zostało w sklepach, w restauracjach prawie nic. Wzmożony napływ uchodźców dodatkowo pogarsza sytuację ekonomiczną w mieście. Jeszcze bardziej poruszyły mnie oznaki demoralizacji wśród polskich oficerów.


Rozpoczęła się mobilizacja. Ludzie byli zabierani z łóżek w nocy, wzywani z pracy tak, jak stali. 

Kilku naszych uczniów otrzymało już wezwania.

W domu dowiedziałem się, że byli po mnie.

Co za dzień! Rano – przyszedł nagle telegram od Kseni Merezhkowskiej, siostrzenicy Dmitrija, którego tu poznaliśmy 35 lat temu, i widzieliśmy go tutaj jednego wieczoru latem. Powiedziałam w żartach: tak, będzie wojna - przyjdziemy do was. A teraz - voulez-vous venir chez moi à Lausanne?
Lepiej przecież z nią niż w Biarritz we dwójkę, porzuconym. Ale tutaj zaczęły się nasze wędrówki - do prefektury, potem do Bure (żeby dali wyjazd), potem znowu do prefektury i znowu... i jutro znowu, jeśli będziemy żyć (czekam na syreny!).

Docieramy wreszcie do Mielca. Zarębski, Eichhorn i Szablak kąpią się w Wisłoce, jestem znużony i nie chce mi się rozbierać do kąpieli. Idziemy ku rynkowi. Po drodze kupujemy trochę ciastek w odpustowym opakowaniu. W jednej z knajp rynkowych natrafiamy na piwo okocimskie. Wypijamy po dwie duże bomby, kupujemy mydło, tytoń, papierosy itp.

Ruszamy na Kolbuszową. Przyłącza się do nas młoda uciekinierka z Cieszyna. Wstępujemy jeszcze do cukierni, gdzie wypijamy po czarnej kawie i dalej w drogę. Mijamy stojące jeszcze w całości Państwowe Zakłady Lotnicze i kilka kilometrów za Mielcem odpoczywamy w przydrożnym lesie. Pożywiamy się chlebem i jajami, z których część rozgniotła się w kieszeni mojego płaszcza. Idziemy dalej pięknym gościńcem, brukowanym kostką porfirową, przez las. Na kilka kilometrów przed Kolbuszową przejeżdżający automobil zabiera naszą towarzyszkę z Cieszyna. My sami zatrzymujemy się na nocleg. Z żywnością coraz trudniej. Mleko na rano trudno zamówić. Zabieramy się do spania.

Mało kto uświadamia sobie, jak niezwykła jest ta wojna. Francuskie dowództwo wojskowe twierdzi, że doszło do starć z wrogiem w okolicach Saarbrucken. Niemcy dementują te potworne doniesienia. Anglicy rozrzucają ulotki, naruszając tym samym neutralność Holandii, ale nikt do nich nie strzela. Mussolini milczy. Ale jak tu wierzyć w zdradę, skoro nie wiadomo, jaka jest jej cena? Niemcy coraz bardziej zdecydowanie oświadczaja, że Rosjanie są bliscy nawiązania z nimi militarnej współpracy. Ten nonsens jest chętnie rozpowszechniany. Faktem jest, że pakt rosyjsko-niemiecki wiele by wyjaśniał. Mamy do czynienia z wojną między krajami imperialistycznymi. Mamy Niemcy w roli agresora i podżegacza. Mamy agresywny kapitalizm przeciwko kapitalizmowi obronnemu. Państwa centralne potrzebują wojny, aby prowadzić nowe podboje, Zachód potrzebuje wojny, aby bronić dotychczasowych zdobyczy. A barbarzyństwa mamy wokół wystarczająco dużo, by barbarzyństwo hulało w najlepsze. Związek Radziecki mógłby przystąpić do wojny tylko po stronie Zachodu, byłaby to “kwestia państwowa”, przypominałoby to sposób w jaki partie socjaldemokratyczne uwikłały się w I wojnę światową, bardziej polityka siły i uczestnictwo w rozliczeniach pomiędzy kapitalistami niż trzymanie się z daleka. Jak na moje ucho, poprawia się narracja wojennej propagandy. Brytyjscy laburzyści są “z Chamberlainem, ale nie dla Chamberlaina”, Niemcy mogą być “przeciw Hitlerowi, ale nie za Chamberlainem” itd. A ZSRR może czekać aż pojawią się narody, z którymi będzie można wejść w sojusz. Zamiast rządów. Ale to jest ryzykowna gra. Dlatego ogólne porozumienie państw kapitalistycznych wydaje się bardziej prawdopodobne. 



Dzień słoneczny, więc po pracy w Obyw. Komitecie i Straży obyw. oglądamy zniszczenie domów na Pawiej i w okolicy. Eskadra bombowców poszybowała o godz. 10 rano na wschód. Dalsze odjeżdżają ciągle. Tramwaje jeżdżą bez przerwy i bardzo ożywiają opustoszałe miasto, zwłaszcza w dniach bombardowania, natomiast brak koni i jakichkolwiek środków transportowych nie powala na wywiezienie śmieci, padliny a nawet zwłok ludzkich spod telegrafu.

Znalazł jednak sposób - jak mi opowiadał dyr. Polaczek-Korneckil4 - oficer niemiecki dla pogrzebania 50 czy 60 zwłok ofiar bombardowania zabitych w Swoszowicach (prawdopodobnie na trakcie w chwili ucieczki). Kazał żołnierzom sprowadzić 50 Zydów, ku ich szalonemu przerażeniu ustawił ich w rząd. Biedacy trzęśli się ze strachu obawiając się rozstrzelania. Tymczasem dano im łopaty i kilofy i wsadzono do wozów i powieziono dla kopania grobów. Z powrotem musieli wracać pieszo. Sklepy już znów uruchomione i na pół otwarte dzięki obwieszczeniu Zarządu miasta. Przed spożywczymi ogonki, których pilnuje Straż obywatelska. Można dostać trochę pieczywa, mleka brak.

Dużo się dzisiaj mówiło o pokoju! Chodzą słuchy, że po zwycięstwie Niemiec nad Polską Hitler zaproponuje zachodowi pokój. Opisałem  to w notatce, którą mieliśmy wyemitować dziś wieczorem, ale cenzor nie puścił z tego ani słowa. 

Minął tydzień od “kontrofensywy”, od znajomego z armii dowiedziałem się, że Niemcy są jakieś 20 mil od Warszawy. Wyszedł nowy dekret, wprowadzający karę śmierci dla każdego, kto “zagraża obronnym siłom narodu niemieckiego” - warunek, który daje dowódcy gestapo, Himmlerowi, szerokie pole do interpretacji. Kolejny dekret zmusza pracowników do przyjmowania nowych posad, nawet jeśli wiążą się z niższym wynagrodzeniem niż dotychczasowe.



Niestety, mam jak najczarniejsze przeczucia. Oczywiście – teoretycznie możliwa jest kontrofensywa, ale czy w praktyce oddziały polskie, nękane przez nie przyjacielskie lotnictwo, zdołają się przegrupować? Wschodnia część kraju ma słabo rozwiniętą sieć kolejową. Śmiesznie mała jest liczba samochodów, przeciwnie niż u przyjaciela. Gdybym choć mógł mieć zaufanie do przywódców! Ale ja ich znam: są to ludzie przeciętni, aroganccy, niepoważni, przy niewyobrażalnej pisze i zarozumiałości. Zawsze widziałem groźbę katastrofy, przepowiadałem ją wobec mych bliskich. Teraz, gdy nadeszła, serce mi się ściska i łzy napływają do oczu.

Wygląda, że jeśli nie nastąpi cud, to zajęcie miasta przez Niemców jest tylko kwestią czasu. Cywile pod nadzorem wojska kopią rowy strzeleckie w różnych punktach śródmieścia; w Ujazdowskich, tuż koło poselstwa, stoją działa przeciwpancerne. Zdaje się, bezgłowi, prawdziwie polscy „legioniści” będą bronić miasta przeciwko wielokrotnej przewadze nieprzyjaciela do ostatniej cywilnej kropli krwi.

W ogóle, przynajmniej z punktu widzenia laika, sposób dowodzenia obroną wygląda na bezgłowy. Kiedyś będzie to temat dla historyków wojskowości.

Byłem dziś z wizytą w  Kwaterze Głównej 3 Armii w Nidzicy. Potem w sztabie korpusu Falkenhorsta [XXI Korpus Armijny] i w 10 Dywizji Pancernej. Bezkresne przestrzenie pod Przasnyszem zrobiły na mnie przygnębiające wrażenie. Po drodze spotkałem żołnierzy 21 Dywizji, którzy walczyli pod Grudziądzem. Dowódca kompanii, której straty wyniosły 4 zabitych i 12 rannych, ze szklącymi się oczami chwalił swoich ludzi, zwłaszcza podoficerów.

Brauchitsch martwi się, że zapuszczam się zbyt daleko na wschód; podobnie Halder. Nie mogłem ich przekonać, ale uspokoiłem. Ale, że wschodnie skrzydło ma iść na Ostrów! Co za ciasne myślenie! Trudno, rozkaz to rozkaz. Jeśli wycofam wszystkie swoje siły, zwłaszcza szybkie odwody, za wschodnią flankę, to i tak dalej będzie to miało sens. 

Łupy po bitwie w korytarzu są pokaźne; jak na razie 15 000 jeńców, 90 dział i dużo sprzętu. 

Westerplatte zdobyte.